- Przepraszam pana, którędy do tutejszej sali? Proszę pana...? Halo, słyszy mnie pan!?
Powoli przeniosłem wzrok ze spokojnego błękitnego nieba na nieco mniej spokojnego dzieciaka w wieku prawdopodobnie około dziesięciu lat, ubrany był jak większość dzieci latem, czyli krótkie spodenki i koszulka z trampkami oraz czapką z daszkiem w komplecie koloru czerwonego, ledwo odrastał od ziemi.
- Spójrz za siebie - powiedziałem, wskazując na budynek za jego plecami oddalony o jakieś dwieście metrów.
- O! Dziękuję bardzo! - odparł entuzjastycznie i podekscytowany na maksa natychmiast ruszył do swojego celu.
Przyglądałem się, jak odchodzi z małym niebieskim stworkiem chowającym się za jego prawą nogą, pokemon ten nosił imię Squirtle i był starterem w regionie Kanto, co wiedział praktycznie każdy - trener, czy nie trener.
- Słaby wybór, jak na tę salę, heh... - stwierdziłem w myślach, lekko się uśmiechając, aczkolwiek tylko na krótki moment, ponieważ znowu do głowy dobijały się nieprzyjemne myśli. Wstałem z ławki obok okwieconej fontanny, na której siedziałem i skierowałem się w stronę automatycznych drzwi ogromnego kilkupiętrowego budynku handlowego, ubrany w komplet czarnych ubrań z napisem "ochrona". - Czas do pracy... - wymamrotałem, masując się po karku.
Nazywam się Michał Zoldrey, mam dwadzieścia pięć lat i pracuję jako ochroniarz sławnego domu handlowego Celadon. Nie jestem nikim szczególnym z dokonań, czy wyglądu, po prostu średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała czarnowłosy, ścięty po żołniersku mężczyzna o niewyróżniającej się urodzie oraz kilku tatuażach na rękach w kształcie czaszek - nic specjalnego. Pochodzę z miasteczka Pallet, słynnego miejsca startowego trenerów pokemonów, jednak sam nigdy nie zdecydowałem się na pójście tą drogą, mimo że za dzieciaka o tym marzyłem. Dlaczego? Nie jestem w stanie stwierdzić jednoznacznie i potrafi mnie to męczyć do dziś. Na pewno czegoś mi brakowało - twardego postanowienia, odwagi, wsparcia rodziców, może tej młodzieńczej przebojowości, a może jeszcze czegoś innego, albo wszystkiego po trochu. Zamiast spełniać marzenie, skończyłem szkołę i jako pełnoletni wyprowadziłem się z domu, żeby pracować oraz w celu usamodzielnienia, właśnie tak trafiłem do Celadon i mieszkam tu od kilku lat. Całkiem podoba mi się takie życie, ale wiem, że mógłbym rzucić je w każdej chwili dla spełnienia tego, co porzuciłem, jednak musiałbym być tego mocno pewien, a rzecz w tym, iż nie jestem. Cenię sobie ten spokój i jako takie bezpieczeństwo, ciężko mi to zostawić, nawet jeśli taki stan rzeczy gdzieś tam w środku sprawia mi ból.
- ... Ech, pieprzyć to życie... - powiedziałem w myślach, robiąc obchód obiektu, który razem z innymi ochroniarzami miałem za zadanie nadzorować. - ... A może pieprzyć mnie, że zawsze wszystko sobie tak komplikuję? Cóż, taki już jestem i kropka... - Mówiłem dalej do siebie, mijając mnóstwo ludzi w korytarzach i przy stanowiskach handlowych bardzo żywego oraz kolorowego wnętrza.
Gdy wybił czas mojej przerwy, wyszedłem usiąść w to samo miejsce, co wcześniej, mając ze sobą swoją małą czarną torbę, w której trzymałem jedzenie.
- Czy skończę nieszczęśliwy...? - Zastanawiałem się, jedząc powoli kanapkę. - Co powinienem zrobić? Każdy widok i jakakolwiek interakcja z dzieciakami podobnymi do tego wcześniej dołuje mnie konkretnie, nawet jeśli próbuję to wyprzeć...
Delikatny szum wiatru towarzyszył moim rozmyślaniom. Poczułem się nagle źle na całym ciele, jakby cała chęć do czegokolwiek w jednej chwili się ulotniła, coraz mocniej dobijał się do mnie smutek i żal, miałem wrażenie, że zesztywniała mi cała twarz, a dokończenie kanapki, która straciła smak, było trudne, jak nigdy.
- Nawet nie wiem, jak to jest mieć własnego pokemona..., cholera, w takim świecie, jak ten to całkiem przykre... i weź tu się nie dołuj, heh...
Swój wewnętrzny wywód zakończyłem słabym, ledwo widocznym uśmiechem i nawet nie zdałem sobie sprawy z obecności kogoś, kto nagle znalazł się tuż przede mną.
- ... runt...?
Pokemon ubrany jakby w żółto-pomarańczowy stożek o czarnym ciele, małych łapkach w kształcie kulek oraz owalnych nieco większych nóżkach, wydał cichy dźwięk znaczący pół swojego imienia i przekręcił lekko główkę w bok, eksponując naturalnie duże białe zębiska. Minęła dłuższa chwila, a jego małe okrągłe oczka o takiej samej niebieskiej barwie, jak moje, nie odrywały ode mnie wzroku i vice versa.
- ... Co ty tu robisz mały? Dosyć daleko wywiało cię od domu... - powiedziałem, nie kryjąc zdziwienia.
Pokemon, który ukazał się moim oczom, pochodził z innego regionu, a dokładniej Hoenn i nazywał się Snorunt, poznałem go od razu, ponieważ posiadam niemałą wiedzę o stworkach z różnych zakątków świata, ale również dlatego, że przed zamieszkaniem w Kantowskim Pallet, swoje pierwsze kilka lat dzieciństwa przeżyłem właśnie w Hoenn.
- Sno... runt? - odparł pokemon, nie ruszając się z miejsca.
- Może zgubiłeś swojego trenera, co? - zapytałem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji. - Nieważne..., może jesteś głodny? Łap - dodałem po chwili, wyjmując jabłko z torby i rzucając w jego stronę.
Snorunt bez problemu złapał podarunek w swoje rączki i wyglądając na szczęśliwego, wskoczył na ławkę, siadając obok mnie. Widząc, jak energicznie pałaszuje otrzymany owoc, zaśmiałem się pod nosem, a wszelkie zmartwienia momentalnie odeszły w niepamięć.
- Musiałeś długo nie jeść, że tak bardzo ci zwykłe jabłko, heh... - stwierdziłem, patrząc na uśmiechniętego stworka, który właśnie skończył jeść, nie pozostawiając nawet okruszka. - Masz tu jeszcze jedno za poprawienie humoru - oznajmiłem, podając mu kolejny owoc, a następnie patrząc na telefon, wstałem z miejsca. - Trzymaj się, na razie! - pożegnałem się, wracając do pracy żwawszym ruchem niż wcześniej.
- Snorunt, snorunt, snorunt!!! - odpowiedział pokemon, skacząc radośnie po ławce i odprowadzając mnie wzrokiem.
Reszta zmiany minęła mi całkiem miło, a gdy wracałem już do domu, mimowolnie rozejrzałem się po okolicy, zastanawiając się, czy tajemniczy stworek jeszcze gdzieś tam jest, ale nigdzie go nie dostrzegłem.
Wchodząc do jednego z kilku bloków mieszczących się w Celadon, przypomniałem sobie o rozgrywkach Ligi Pokemon, które rozpoczynały się właśnie dzisiaj, więc po powrocie do mieszkania z mieszanymi uczuciami włączyłem telewizor i usiadłem do oglądania.
- Liga... - powiedziałem w myślach, wlepiając się w skórzany brązowy fotel, będący w centrum małego dwupokojowego dachu nad głową. Wspomnienia z dziecięcych lat, gdy rozpowiadałem na lewo i prawo wszystkim, że kiedyś ją wygram, zaczęły napływać do wnętrza mojej głowy. - Cholera, to nie pomaga..., i gdzie tu przyjemność z oglądania...? - stwierdziłem, nie mogąc się skupić na pierwszym pojedynku. - Czy to mi kiedyś przejdzie?
Obejrzałem cały wieczór zmagań trenerów o miano najlepszego w regionie, ale byłem skupiony na czymś zupełnie innym, a następnie przekonałem się do snu, łykając tabletkę melatoniny.
Kolejne kilka dni wyglądały dla mnie bardzo podobnie, jak ten, w którym spotkałem Snorunta, ponieważ od tamtej pory zacząłem go widywać regularnie na swoich przerwach i odkryłem, że cały czas błąka sie po okolicy w kółko. Wyglądało to tak, jakby na swój sposób korzystał radośnie z życia, mimo samotności, ponieważ sprawiał wrażenie szczęśliwego, nawet jeśli nie miał niczego prócz własnego żywota. Pewnego razu coś się zmieniło i spotkałem go tuż przed blokiem, wychodząc do pracy.
- Nie gadaj, że teraz i tutaj będziesz ograbiał mnie z jedzenia, heh... - powiedziałem do niego, uśmiechając się pod nosem.
- Snorunt, snorunt!! - odparł pokemon, ciesząc michę.
- Jakim cudem nikt do tej pory się tobą nie zainteresował? - zapytałem, jakoś nieszczególnie się nad tym zastanawiając i rzucając mu dorodne jabłko.
Odprowadził mnie do pracy i od tamtej chwili zaczął robić to za każdym razem bez wyjątku. Czas, który z nim spędzałem, poprawiał mi humor i dawał radość, lecz potęgował także myśli stawiające mi czoła każdego dnia.
- Dzisiaj finał ligi... - powiedziałem w myślach, kończąc powoli swoją zmianę. Wychodząc z budynku, miałem głowę w chmurach dosłownie i w przenośni, bo wzrok nie mógł oderwać się od przestworzy. - ... Dzisiaj jeden trener zdobędzie to, o czym marzy masa innych...
Echo dawnych słów i młodzieńczych deklaracji znów uderzyło i zmusiło spojrzenie do zejścia na ziemię, przy odtworzeniu w głowie zdania - ,,Będę najlepszy, zobaczycie!''.
Przyspieszając kroku, prawie wpadłem na Snorunta, który wyrósł nagle, jak z podziemi.
- Cholera, było blisko... - oznajmiłem, łapiąc się za głowę. - Nie przypominam sobie, żebyś był typu duch, heh - dodałem po chwili do cieszącego się, jak zwykle stworka, a kąciki moich ust uniosły się ku górze. - Chcesz obejrzeć finał ligi?
Szary i codzienny powrót do domu tym razem wyglądał nieco inaczej, ponieważ miałem ze sobą nieplanowanego gościa, który dreptał radośnie obok mnie, nie mogąc się doczekać zapowiedzianej atrakcji, mimo że najprawdopodobniej nie miał o niej zielonego pojęcia.
- Zapraszam do środka - powiedziałem po otwarciu drzwi, gdy pokemon na chwilę zatrzymał się przed wejściem, zachowując dobre maniery i nie wpraszając się samemu do pomieszczenia. - Rozgość się - dodałem po chwili, przekraczając próg, a razem ze mną Snorunt.
Lodowy stworek momentalnie upatrzył sobie mój fotel i wskoczył na niego, rozsiadając się wygodnie, co tylko wywołało kolejny uśmiech na mojej twarzy. Włączyłem telewizor, a następnie przebrałem się w komplet czarnego dresu i podstawiając krzesło obok fotelu, podałem Snoruntowi jabłko, które wcześniej wziąłem z lodówki.
- Zaraz się zacznie, lepiej się skup, heh... - oznajmiłem, widząc, jak mój towarzysz łapczywie pałaszuje otrzymany owoc.
- Sno-sno-snorunt! - odparł triumfalnie, gdy skończył jeść.
Cały pojedynek minął mi w mgnieniu oka, gdy razem ze Snoruntem emocjonowałem się każdą akcją i szczegółem, zupełnie jakbym na powrót stał się dzieckiem, które ogląda swoje pierwsze rozgrywki Ligi. Na widok złotego pucharu podnoszonego przez zwycięzcę obu nam zaświeciły się oczy, a scena, gdy celebrował ze swoimi pokemonami, wywołała szeroki uśmiech.
- To było coś, no nie? - zapytałem, odwracając się w stronę Snorunta.
- Snorunt, snorunt!! - odparł, kiwając głową z podekscytowaniem.
- Zjedźmy coś, po takich emocjach trzeba się posilić - zaproponowałem, co spotkało się z aprobatą stworka.
Po obfitej kolacji usiedliśmy raz jeszcze do telewizora i obejrzeliśmy analizy finału przez ekspertów, a następnie obaj zasnęliśmy na swoich siedzeniach, nawet nie wiedząc kiedy.
Gdy otworzyłem oczy, Snorunt dreptał sobie radośnie po całym moim domu, a za oknem dobijał się do nas ranek. Czułem się dziwnie wypoczęty, jakby wszystkie moje zmartwienia i złe myśli odeszły w magiczny sposób w niepamięć. Obserwowałem w ciszy pokemona, który tak nieoczekiwanie pojawił się w moim życiu i zastanawiałem się nad tym błogim spokojem, jaki czułem.
,,Będę najlepszym trenerem na świecie, nikt nie będzie w stanie stawić mi czoła...!" - Słysząc znajomy głos w głowie, zacisnąłem pięści, a moje oczy zaiskrzyły się tłumioną przez lata determinacją, która nigdy nie miała okazji zapłonąć.
- Jak nie teraz, to nigdy, co? - stwierdziłem w myślach, a po chwili wstałem z miejsca, co zwróciło uwagę Snorunta.
Ruszyłem do jednej ze swoich szafek, a w tamtej chwili to lodowy stworek nie odrywał ze mnie wzroku, stojąc w pytającym bezruchu.
- Czasem nie trzeba wiele, wystarczy mały z pozoru nieistotny szczegół, który nijak się ma do danej całości, jednak z jakiegoś powodu potrafi wywrócić ją do góry nogami... - powtórzyłem w myślach słowa, które usłyszałem kiedyś od pewnego starszego człowieka. - Miał pan rację profesorze... - stwierdziłem po chwili, znajdując to, czego szukałem.
Odwróciłem się w stronę zdezorientowanego Snorunta w towarzystwie promieni słonecznych, które nagle przebiły się przez szybę w oknie i przecięły przestrzeń między nami. Trzymałem w ręku czerwonobiałą kulę z przyciskiem na środku - poke ball, który nigdy nie miał zostać użyty, był po prostu przykrą pamiątką po porzuconym marzeniu.
- Snorunt..., czy zechciałbyś wyruszyć ze mną w świat i pokonać każdego trenera, który rzuci nam wyzwanie? - zapytałem ze słabym uśmiechem wypalającym już resztki żalu zalegającego moje serce i wystawiając rękę z poke ball'em sztywno przed siebie.
- Snorunt, snorunt, snorunt! - odparł pokemon, szeroko się uśmiechając, a po chwili przybierając zdeterminowaną bitewną postawę z powagą przebijającą się na jego radosną twarz.
- Dziękuję Snorunt, dziękuję za wszystko.
Gdy ruszę się z miejsca, już nic mnie nie zatrzyma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz